Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weganizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weganizm. Pokaż wszystkie posty

22 grudnia 2014

Dlaczego cieszę się, kiedy ludzie jedzą psy?

Co jakiś czas zawrze w Internecie. A to pod Warszawą zamiast kebaba Wietnamczyk podawał psa, a to jakaś podróżniczka w Wietnamie psa świadomie zjadła. Pokazała martwe ciała ze zwisającym ogonkiem. No i raban.


5 kwietnia 2014

Ser migdałowy czyli niebo w gębie!


                Niedawno trafiłam na stronę z zestawieniem czternastu przepisów na wegańskie sery. Wszystkie są po angielsku, więc padło pytanie, którzy blogerzy podejmą się wykonania i przetłumaczenia przepisów. Mimo, iż Publiczna Pralnia nigdy blogiem kulinarnym nie była (i nie, nie zamierzam się przebranżowić), to postanowiłam Wam pokazać moją wersję jednego z przepisów na migdałowy ser feta!

1 stycznia 2014

Żryj tofu dla Szatana!

by Esben Kristensen

                Witam wszystkich nowych i starych w Publicznej Pralni w nowym roku. Dzisiaj powitam Was nieco satyrycznie,  bowiem postanowiłam podzielić się z Wami portalem, na który zawsze wchodzę, aby móc sobie poprawić humor. Mój ulubiony portal satyryczny to Fronda, zawsze wiedzą jak dogłębnie pozbawić mnie wiary w ludzkość ;)

24 grudnia 2013

Życzenia bez okrucieństwa


                 Niezależnie od Waszej wiary bądź jej braku – życzę Wam, aby ostatnie dni tego roku od przesilenia zimowego, upłynęły Wam miło i przyjemnie. Bez karpia i innego, niepotrzebnego okrucieństwa. Uciekam do kończenia wegańskich uszek,  pierogów, barszczy, tofurników, sojonezu z sałatką i całej reszty.
Niech ciecierzyca będzie z Wami ;)


Pralnia

zdjęcie stąd: klik

5 sierpnia 2013

Spożywczy krajobraz Niemiec


                Podróż do zachodnich sąsiadów była świetną okazją do wielu porównań na wielu płaszczyznach, również zahaczając o tematykę Publicznej Pralni. Zwiedzany był głównie pas przy Morzu Północnym, któremu niestety bliżej do błotnego bajora (1:0 dla polskiego Bałtyku), ale także Bremen oraz Berlin. Porównania wychodzą różnie, ale co istotne – warto przytoczyć pewne tendencje wspólne i przed nimi przestrzec – ale o tym będzie w kolejnej części tekstu.

27 czerwca 2013

BLW - czyli jak jedzą dzieci?

                Dzisiaj wypowiem się w temacie, o którym nikt z Publicznej Pralni nie ma pojęcia. Ale biorąc pod uwagę, że na temat dobra zwierząt wypowiadają się myśliwi, a własność macicy kwestionują mężczyźni, tak dzisiaj, jako laik, 1/2 Publicznej Pralni wypowie się o karmieniu dzieci rasy ludzkiej.
                Tematem zainteresowałam się po raz pierwszy, gdy miałam przyjemność ponad rok temu przysłuchać się Matce Wegance i jej Dziecku podczas Tygodnia Weganizmu we Wrocławiu. Wówczas uświadomiłam sobie, że postanowienie przejścia na weganizm łączy się z tym, że jeśli kiedyś zaznam ciąży, to i będę musiała udostępnić swoje piersi (a przynajmniej tak będzie najłatwiej - nie tylko dla matek-weganek). Było to dla mnie osobliwe odczucie, gdyż przez większość życia to reklamy (tak, głównie szmatławych koncernów) wpajają nam wizje matki. Najlepsza matka, to taka matka, która potrafi do proszku z cukrem dolać wody, a później jest mistrzem kuchni, bo potrafi odkręcić słoik. Sama byłam tak karmiona i jak większość społeczeństwa uznawałam to za normę. Przecież już w Paleolicie zapewne każdy Australopitek czy inny Homo habilis dzieciom podawał kaszkę bananową i pstrykał wekiem gerberków (gwoli scisłości – firma Gerber należy do koncernu Nestle, więc testuje na zwierzętach i możemy jej pokazać umięśniony, środkowy palec. Alternatywa cruelty-free: Hipp bądź Babydream). Wizja dzieci jedzących sztuczne jedzenie weszła nam tak w światopogląd, że nie zwykliśmy myśleć, że można inaczej. Do tego dołączyła się całkowita nagonka na karmienie piersią – bo piersi zwisną, bolą, dzieciak się przyssie i kobita życia nie ma. Więc zamiast dziecku to, co natura dla niego przygotowała najlepszego – mleko człowieka stworzone dla innego człowieka, dajemy mu mleko krowie, przeznaczone dla małej krówki.
Rzeźba artysty Liu Qiang


(Nie będę poruszać kwestii weganizmu, ale szczerze zastanawia mnie, co za chory umysł wpadł na pomysł, aby doić krowę. Tym bardziej zawsze dziwią mnie ludzie, którzy potrafią stwierdzić, że szparagi czy brokuł są obrzydliwe. Poważnie?!)

                Chciałabym Wam w sposób prosty  teraz powiedzieć – wyrzućcie testowanego Gerbera i inne badziewia z domu Nestle! Kupcie produkty Hipp, Babydream i innych nietestowanych marek!
                Ale nie powiem. Gdyż ostatnio trafiłam na bloga bardzo mądrej kobiety (na którego wszystkich zapraszam – Koralowa Mama), która operowała w swoich notkach skrótem BLW. Jako osoba bezdzietna i nieplanująca w tym ustroju politycznym, matka swoich psów i kociąt, miałam dosyć prostą reakcję – WTF?! Cóż ten zacny skrót oznacza?!
                BLW – Baby Led Weaning / Bobas Lubi Wybór / Samodzielne Jedzenie Niemowląt – lub po prostu – umiesz siedzieć? To zaczynasz jeść sam!
                Jest to według mnie naprawdę cudowna sprawa i warto, aby świadomość o tym, że małemu dziecku można podać dosyć szybko posiłki takie same, jakie zjadają jego opiekunowie, BEZ ŁYŻECZKI, tylko hulaj dusza, była rozszerzana na ludzi wokół. Dziecko jedzące w taki sposób poznaje smaki, kształty, konsystencje, ma masę zabawy i górę innych korzyści, z którymi można się zapoznać na blogu Koralowej Mamy, czytając na ten temat w Internecie lub po prostu pozwolić swojemu dziecku zjeść obiad w taki sposób.
                Mnie czytanie o metodzie BLW, niesamowicie zafascynowało, więc pomyślałam, że jeśli Pralnie czytają osoby, które mają bądź zamierzają podjąć się wychowaniem małego ludzika, a jeszcze o tym nie słyszeli – to może komuś powyższa informacja okaże się przydatna. A przede wszystkim - kupując warzywa i owoce i gotując samodzielnie sobie i dziecku - najłatwiej jeść produkty nietestowane na zwierzętach i być cruelty-free!

                Przed laty zaś my tutaj, czyli jak to zwać mam w zwyczaju – Pralnia, miałyśmy najcudowniejszą w życiu możliwość wychowania trzydniowego maleństwa, które mogłyśmy zamknąć w dłoni. Karmiłyśmy je weterynaryjną mieszanką dla kociąt, co dwie godziny odprawiając magiczny (i wyczerpujący, gdy znów dzwonił budzik o 3 nad ranem) rytuał przyrządzania mieszanki, karmienia, masowania ciepłym wacikiem brzuszka, przewijania, zmieniania termoforka i usypiania maleństwa. Magiczny czas, w którym pewnie popełniłyśmy masę błędów, ucząc się na nich i suma summarum, ta czarno-biała księżniczka jest już dużą, zdrową dziewczynką. Tak to się podzieliłam z Wami swoim doświadczeniem macierzyńskim. 

                Aha, jeśli ktoś z Was nie widzi powiązania między dziećmi krowimi, ludzkimi i kocimi to spróbujcie odpowiedzieć na poniższe pytanie:




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...